Beata...
Beata znieruchomiała nad zeszytem do rachunków Inez Eleny Grażyny, w który starannie i po dziecinnemu wpisywała rezultaty dodawania w słupkach. Inez Elena Grażyna, która siedząc obok popisywała się bystrością matematyczną, nagle wstała i szybko pobiegła do kuchennego lustra. Z wyrazem zadowolenia na śniadej buzi usiadła z powrotem obok brzydkiej ciotki.
Beata odsunęła zeszyt.
— Chce mamusia mnie przekonać, że powinnam piać z radości, iż ktokolwiek się mną interesuje. Może i powinnam. Bo kim ja właściwie jestem? Popychadłem truskawkowym, niańką porzuconego dziecka, jego guwernantką i chłopcem do bicia po wywiadówkach. Nie rozumiem mamusi kalkulacji. Po wypchaniu mnie za mąż, cały ten kram spadnie na mamusię. A ja i tak nie wyładnieję...
— Och! Proszę cię! Tylko się nie obrażaj!
— Nie, nie obrażam się. Mam inny pomysł! Idę do szkoły!-